burning plain soundtrack

Przeczytałam w swoim życiu tyle mądrych mądrości, że aż ciężko mnie czymkolwiek nowym zaskoczyć. Już to znam, już wbijałam to w swoją głowę nie raz. Chyba nie pozostaje mi już nic innego jak mówienie „taka już jestem” i zaakceptowanie tego. Walka z samą sobą jest najcięższą z walk jakie w życiu przyszło mi toczyć. Na sam odzew swojego ojca reaguję łzami, niechęcią i złością – bo znów to zrobił pojawił się na pięć sekund by zniknąć na lata, gdzie ja już doskonale nauczyłam się żyć bez niego, nie myśleć o nim, a życie bez niego to wieczna walka o względy mężczyzn, bo ten który powinien być najważniejszym mężczyzną w życiu po prostu zostawił mnie na starcie. I zwalam swoje miłosne niepowodzenia właśnie na to, że od zawsze brakowało mi męskiego ramienia, który jak mur stanie przy mnie i gdy zechcę upadać nie pozwoli mi na to. Upadam. Każdego dnia upadam. Poznałam w swoim życiu wielu mężczyzn i w każdym z nich czy podświadomie czy na prawdę – to szukałam tego na którym się oprę całym swoim ciężarem a on to udźwignie. Całą moją nieporadność i zdanie się na jedną osobę w życiu – po prostu udźwignie. I wiem już dziś, że ciężar mój jest nie możliwy do uniesienia. Jak ołów wiszę, zawisam na ramionach i ściągam ze sobą w dół. W dół smutku, pesymizmu, wiecznego niezadowolenia. Przecież jestem taka łatwa do oszukania wystarczy od czasu do czasu powiedzieć mi, że jestem kimś więcej niż się uważam, że jestem lepsza niż na prawdę jestem, że mądrzejsza i ładniejsza, że w ogóle fajnie że jestem. Chciałabym wiedzieć, że jest fajnie dlatego, że w ogóle jestem. Chciałabym żeby tak było na prawdę.

Chciałabym już mieć dzieci, mężczyznę który wraca do domu z uśmiechem, bo dom jaki dla niego tworzę to dobry dom, chciałabym widzieć w swoim mężczyźnie że jestem ważna. Ciągle mi tego brakuje. Nie brakuje mi kwiatów których nie dostaję, a słów które nie padają, czynów, małych gestów. Może ich nie zauważam? Może czekam na wielkie „wow”  - nie wiem. I czytam dalej te wszystkie mądrości i głupia jestem. I ponownie myślę o lekarzu, który mnie naprawi na chwilę. I słucham słów „mam dość”, „jesteś rozwódką” i że jestem taka  i owaka. Jestem taka, można mieć mnie dość, jestem rozwódką. Sięgam po to samo co wszyscy, na prawdę po to samo, ale tak cholernie mi to nie wychodzi. Kiedy już myślę, że to mam, że spokój, że pewność – zaczynam wątpić.

Rozrywa mnie żal nie wiem do kogo. Ojciec zadzwonił parę dni temu, dałam mu numer bo chciałam żeby zadzwonił i teraz znów przyjdzie mi czekać kolejne lata ciszy. Bo jestem naiwna i głupia. Nauczył mnie tylko wiernie czekać, pozwalać znikać i czekać.

Za chwilę będę miała 27 lat, nie mam dzieci, stałego domu i niczego co pewne. Gonię za tą pewnością choć wiem, jak w sekundzie potrafi zmienić się całe życie. Zmieniło się nie raz a ja wciąż czekam na pewność, aż usiądzie obok mnie i tak już zostanie.

zaufanie to taka czarna świnia …

„Zaufanie do drugiego człowieka to skomplikowana sprawa. Zaufanie to nie tylko poczucie, że możesz komuś wszystko powiedzieć. Zaufanie to także przekonanie, że ta druga osoba nie zrobi Ci krzywdy.”

I ja czegoś takiego nie mam. Nie mam zaufania, nie darzę nim chyba nikogo, począwszy od baby która wydaje mi resztę w markecie, przez pogodynki które łżą non stop, kończąc na kimś z kim chciałabym spędzić swoje życie. Zaufania nie ma. Nie ma obietnic które w dzisiejszych czasach mają jakąkolwiek wartość. Wszyscy zdradzają, wszyscy kłamią, rzucają się na to co los im daje, ludzie niszczą sobie życie pierdołami.

A szkoda …

Formalnie się rozwiodłam, pracuję sama na siebie. Jestem osobą smutną na pierwszy rzut oka. Faceci nie lubią smutnych kobiet. Faceci nie lubią wiercenia dziury w brzuchu. Jestem wiertłem. I choć zdaję sobie sprawę, że moje porażki ze samą sobą to niczyj problem, mimo wszystko oczekuję taryfy ulowej. Kobiety są cwane – widzę to na każdym kroku, dopinają swego. Wiele kobiet udaje, że nie widzi choć dobrze znają prawdę, ale żyją w tym udawaniu bo on zjada obiad w domu, bo naprawi pierdołę, bo to bo tamto.

Jak więc mamy ufać sobie wzajemnie jak potrafimy z samymi sobą nie być szczerym. Ja nie pisałam się na takie życie. Miało być inne.

W listopadzie żegnałam się z emigracją w swojej głowie i już wtedy podświadomie wiedziałam, że przyjeżdżając na urlop po prostu zostanę. Zostałam. Poczułam ulgę, wzięlam glębszy oddech i myśląc, że cokolwiek ma się stać niech stanie mi się w Polsce – nigdzie indziej, tylko tu. Jeśli to ma być miłość niech będzie miłość w Polsce, jeśli kolejne życia niepowodzenie niech wydarzy się w Polsce.

Nie zarobiłam tyle ile inni myślą, że można zarobić, nie oszczędzałam, żyłam, siedziałam na kanapie i przekreślałam dni w kalendarzu. Wzięłam urlop od życia, czy wielką lekcję? Wzięłam porządną lekcję życia i jeszcze zapłacono mi w euro.

Wróciłam, serce mi zwariowało, na prowadzenie wyszła moja naiwność. Zaufałam, straciłam glowe. Obierając za myśl przewodnią „kto nie ryzykuje, nie pije szampana”. Jeśli to tylko przystanek w życiu, rozerwie mi serce na pół. Wynajęłam mieszkanie, rozpoczał się dlugi etap poszukiwania pracy.

Chciałabym wiedzieć co myśli i co czuje ….