nie zgub mnie

Nie potrafię tak dłużej.
Wiem, że Ty w tym towarzysz mi.
Chyba jedyna rzecz w jakiej nie jestem sama to ta nasza pierdolona wspólna samotność.
I nie zgodzę się by bardziej to wszystko skurwić.
Słyszałam już słowa różne po sto razy i nigdy nie miały takiej wagi.
Nie mam swojego miejsca na jebanym świecie.
I nie chcę wiedzieć z kim wylądujemy na mecie i czy wszystko co teraz to syzyfowa praca.
Męka pod górę.
Zakochani kurwa mać.
Czuję Twój ból tych jebanych dziesięciu dni.
Wybcz mi.

odwagi brakowało mi

Przedśawiąteczny gigant, bo jak inaczej to nazwać?
Nigdy nie robię nic i nawet jak robię to i tak nie robię. I trzeba tu być od dwudziestu prawie lat by rozumieć, by widzieć.
To ściska w gardle i w płucach robi pustkę każde słowo zza ściany w którym gównianej prawdy kazdy boi się.
Miliony retorycznych pytań. Po co? Do kogo?
Nienawidzę świąt o milion razy wolałam je gdy byłam mała, za mała by czuć ten pierdolony fałsz niepełnej rodziny.
Babka ma żal do matki bo mąż pierwszy był nieodpowiedni a drugi jest generalnie i w sumie zbędy, matka ma żal do cóki że nie umie przymknąć oczu i niszczy niestabilny fundament rozbitej rodziny. W koło to samo. I tylko znajomi Ci co są zawsze i Ci co czasem są a czasem się o nich zapomina. I było nie wracać bo po co zostać na zawsze, oh jak ciśnie jej się to na język, nie wracaj, nie wracaj.
Pójdę, kiedyś pójdę, oby – pójdę!
I wszędzie źle bo albo oszustka, albo niezdecydowana, albo manipulantka, albo intrygantka.
Albo się zafarbowała bo lubi blond albo bo on lubi.
Wiem, że się pogodził z porażką, już w słowach to słyszę i czytam, w zachowaniu widzę i wiem. 
Nawet mi to mówisz teraz kurwa.
To fatalny dziewń i wiedziałam to od rana kiedyś będzie trzeba podkulić ogon.
Nie musisz starać się przecież jesteś też jak ja.
Zasrana farsa.
Niefart.
Nieczas.
Ukochaj mnie tylko jeszcze do snu zanim powiesz, że już nie myślisz jak kiedyś gdy patrzysz na to wszystko.