i że Cię nie opuszczę aż dopadnie nas rutyna

jak wysyp grzybów po deszczu, wszystkie moje koleżanki szkolne i te z dzieciństwa zaczynają rodzić dzieci, wychodzić za mąż, zaciągać pierwsze kredyty na najbliższych pięćdziesiąt lat, zaczynają życie na poważnie

a ja w tym czasie jestem już po rozwodzie, po pierwszych ratach za meble których nie mam, po pierwszym psie, po rutynie która mnie zgubiła

bez poczucia pewnego gruntu pod nogami, bez domu który jest oazą spokoju i ocalenia po toczonych wojnach ze światem

i to aż wstyd się przyznać – wszystko na własne świadome (może nie do końca) – życzenie

a później znów wychodzi słońce …

Już dawno nie było przy mnie kogoś, kto po wyrządzonej przykrości opuści wzrok i przeprosi. Nauczyłam ludzi którzy mnie otaczają wykorzystywać moje słabości, dałam wielu ludziom na to przyzwolenie. Oczy otwieram na to zawsze gdy jest już za późno. Przychodzi moment w którym czuję się wmurowana w daną sytuację. Rozpoczynam własnymi dłońmi rozbijać ten mur i próbuję się uwolnić, zawsze podczas tego okalecza mnie wszystko dookoła jeszcze bardziej. Później z tym bagażem, coraz cięższym znów cumuję gdzieś tylko po to by pozwolić się kolejny raz znienawidzić. Przez cały ten czas odbijają się w mojej głowie słowa, które lądowały pod moim adresem. Chciałabym pamiętać te dobre, wyszukane i miłe, których zazwyczaj jest najmniej i trwają najkrócej. I pamiętam, ale biją się one z tymi, które przyniósł pieprzony czas. Słowa nienawiści. Co psuje dziś ludzi aż tak do cna? Czy byli kiedykolwiek mniej zepsuci? Kiedy udają, a kiedy są prawdziwi?

Myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. Moje uczucie zaczęło się od głowy, od rozmów, od tęsknoty za rozmową, od chęci poznawania go. I od tak wielkiej chęci zobaczenia w końcu. Weszłam w to wszystko z wypracowanym ideałem w swojej głowie, a teraz spadam pyskiem w beton. Nie różnię się widocznie niczym od całej reszty naiwnych kobiet. Nie zostawiłam niczego na później, nie zostawiłam przede wszystkim samej sobie – niczego.

Nie ryzykuję, nie piję szampana, nie wyciągam wniosków – jestem. Być może on też wyidealizował mnie w swojej głowie, a teraz spada pyskiem w beton. Ale przecież jestem od zawsze taka sama, może zbyt lojalna tym razem? Może to się nie opłaca wcale? Pierdolenie dobroduszna, czekająca, zawsze wyciągam tą cholerną rękę i zawsze po niej dostaje. Jak taki durny pies, którego wywala się z auta podczas wakacji, a on gna ile sił, albo w ostateczności siada i czeka – na wielkie NIC.

Zdążyłam już znienawidzić też … to cholerne podśpiewywanie, uśmiechanie i udawanie radości, która jedyne co ma na celu to dopieprzyć mi jeszcze bardziej. Bym lądując w ten beton wybiła sobie zęby.

A później znów wychodzi słońce …

nikt mi wcześniej nie powiedział, że „nawet Twój głos mnie wkurwia”, aczkolwiek ja tak już kiedyś mówiłam – mało tego doskonale pamiętam jak wielką niechęć do tamtej osoby wtedy czułam – taką nie chęć, że wiedziałam że dzień rozstania jest bliski

był bliski i nastąpił, nawet nie rozstaniem to nazwę, a po prostu zerwaniem kontaktu z osobą, która drażniła mnie dosłownie wszystkim, aż cholernie znieść nie mogłam

gdy przypominam sobie jak traktowałam ludzi, którzy znudzili mi się, których nie chciałam w swoim życiu tak bardzo bardzo nie chciałam

on traktuje mnie chyba tak samo, boję się bo kocham