a później znów wychodzi słońce …

Już dawno nie było przy mnie kogoś, kto po wyrządzonej przykrości opuści wzrok i przeprosi. Nauczyłam ludzi którzy mnie otaczają wykorzystywać moje słabości, dałam wielu ludziom na to przyzwolenie. Oczy otwieram na to zawsze gdy jest już za późno. Przychodzi moment w którym czuję się wmurowana w daną sytuację. Rozpoczynam własnymi dłońmi rozbijać ten mur i próbuję się uwolnić, zawsze podczas tego okalecza mnie wszystko dookoła jeszcze bardziej. Później z tym bagażem, coraz cięższym znów cumuję gdzieś tylko po to by pozwolić się kolejny raz znienawidzić. Przez cały ten czas odbijają się w mojej głowie słowa, które lądowały pod moim adresem. Chciałabym pamiętać te dobre, wyszukane i miłe, których zazwyczaj jest najmniej i trwają najkrócej. I pamiętam, ale biją się one z tymi, które przyniósł pieprzony czas. Słowa nienawiści. Co psuje dziś ludzi aż tak do cna? Czy byli kiedykolwiek mniej zepsuci? Kiedy udają, a kiedy są prawdziwi?

Myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. Moje uczucie zaczęło się od głowy, od rozmów, od tęsknoty za rozmową, od chęci poznawania go. I od tak wielkiej chęci zobaczenia w końcu. Weszłam w to wszystko z wypracowanym ideałem w swojej głowie, a teraz spadam pyskiem w beton. Nie różnię się widocznie niczym od całej reszty naiwnych kobiet. Nie zostawiłam niczego na później, nie zostawiłam przede wszystkim samej sobie – niczego.

Nie ryzykuję, nie piję szampana, nie wyciągam wniosków – jestem. Być może on też wyidealizował mnie w swojej głowie, a teraz spada pyskiem w beton. Ale przecież jestem od zawsze taka sama, może zbyt lojalna tym razem? Może to się nie opłaca wcale? Pierdolenie dobroduszna, czekająca, zawsze wyciągam tą cholerną rękę i zawsze po niej dostaje. Jak taki durny pies, którego wywala się z auta podczas wakacji, a on gna ile sił, albo w ostateczności siada i czeka – na wielkie NIC.

Zdążyłam już znienawidzić też … to cholerne podśpiewywanie, uśmiechanie i udawanie radości, która jedyne co ma na celu to dopieprzyć mi jeszcze bardziej. Bym lądując w ten beton wybiła sobie zęby.

A później znów wychodzi słońce …

nikt mi wcześniej nie powiedział, że „nawet Twój głos mnie wkurwia”, aczkolwiek ja tak już kiedyś mówiłam – mało tego doskonale pamiętam jak wielką niechęć do tamtej osoby wtedy czułam – taką nie chęć, że wiedziałam że dzień rozstania jest bliski

był bliski i nastąpił, nawet nie rozstaniem to nazwę, a po prostu zerwaniem kontaktu z osobą, która drażniła mnie dosłownie wszystkim, aż cholernie znieść nie mogłam

gdy przypominam sobie jak traktowałam ludzi, którzy znudzili mi się, których nie chciałam w swoim życiu tak bardzo bardzo nie chciałam

on traktuje mnie chyba tak samo, boję się bo kocham

kiedy powiem sobie dość

Już znam wychodzenie i wracanie, już znam zasypianie osobno. Już tak kiedyś było, prosiłam zostań, ale sama musiałam wyjść i wychodziłam coraz dalej i coraz dłużej, aż nauczyłam się żyć sama. Twierdzenie, że ludzie rozumieją się, kiedy używają tych samych słów jest złudzeniem. Pamiętam swoje pierwsze wrażenie i często do niego wracam, nie było to jakieś wielkie „WOW”, może trochę skrępowania – rzecz normalna kiedy widzimy kogoś pierwszy raz. Wydał się przeciętny, po czym stwierdziłam że w sumie nie dla mnie i ja nie dla niego, że to człowiek przy którym nie zaznam spokoju. Później zmieniłam zdanie, ryzykując znów swoją wyuczoną siłę. Nie wiem komu dałam szansę, czy sobie, czy człowiekowi w którego na starcie straciłam wiarę. Straciłam bo model życia jaki preferował odbiegał diametralnie od mojego. Dziś nie wiem co jednak sprawiło, że spróbowałam. Próba czego to była nie wiem, próba wiary w człowieka czy w siebie. Jest dziś tak jak już kiedyś było, jakby film leciał od początku, a ja zastanawiam się czy to szansa dla mnie by pewne sprawy rozegrać inaczej niż kiedyś, czy coś mówi mi „znasz to dziewczyno, powinnaś wiedzieć co robić, a czego nie robić”.

Jestem na drugim planie. Od zawsze mówię sobie, że w końcu przestanę być dla ludzi, że już nie chcę być dla ludzi, że szukam kogoś kto zechce być dla mnie. Nie wychodzi mi to pewnie dlatego, że nic nie przeraża mnie tak jak bycie samej. Od pewnego czasu jednak powoli dochodzę do wniosku, że może czasem warto pozwolić sobie zostać samemu, nie żebrać o nic, nie zabiegać o uwagę, nie ciągnąć się za kimś jak ogon za psią dupą. Powoli męczy mnie ten stan. Zdaję sobie sprawę ile razy w życiu nie pasowało mi coś przez długi czas, męczyłam się z tym, żyłam, nie widziałam wyjścia, aż po prostu wychodziłam i nie wracałam. Mało tego – nie wracałam i nie żegnałam się i świat ani razu się nie skończył.

Bycia kobietą nie da zrzucić się na drugi plan – zawsze będzie się chciało być numerem jeden dla tego który tym numerem właśnie jest dla nas. Nie chcę wiecznie czekać, męczy mnie czekanie – gówno prawda ono nie uszlachetnia, ono męczy. Że ciągle czekam aż ktoś zechce być dla mnie. Oddalam się, czuję to w sobie, znów się oddalam od czegoś w co mimo wszystko uwierzyłam, telepie mną tylko strach, a przecież wiem że on ma tylko wielkie oczy.

Ile razy w swoim życiu pozwolę aby bieg decydował o tym gdzie jestem i co robię – nawet jeśli nie do końca tego chcę? W głębi siebie znów czuję, że powoli się poddaję. Na mało spraw mam wpływ. Znów ja czekam nie ktoś, znów ja chcę nie ktoś. Ile razy przekonałam się, że za dwoje się nie da. Nie da się – po prostu nie da się.