nikt mi wcześniej nie powiedział, że „nawet Twój głos mnie wkurwia”, aczkolwiek ja tak już kiedyś mówiłam – mało tego doskonale pamiętam jak wielką niechęć do tamtej osoby wtedy czułam – taką nie chęć, że wiedziałam że dzień rozstania jest bliski

był bliski i nastąpił, nawet nie rozstaniem to nazwę, a po prostu zerwaniem kontaktu z osobą, która drażniła mnie dosłownie wszystkim, aż cholernie znieść nie mogłam

gdy przypominam sobie jak traktowałam ludzi, którzy znudzili mi się, których nie chciałam w swoim życiu tak bardzo bardzo nie chciałam

on traktuje mnie chyba tak samo, boję się bo kocham

kiedy powiem sobie dość

Już znam wychodzenie i wracanie, już znam zasypianie osobno. Już tak kiedyś było, prosiłam zostań, ale sama musiałam wyjść i wychodziłam coraz dalej i coraz dłużej, aż nauczyłam się żyć sama. Twierdzenie, że ludzie rozumieją się, kiedy używają tych samych słów jest złudzeniem. Pamiętam swoje pierwsze wrażenie i często do niego wracam, nie było to jakieś wielkie „WOW”, może trochę skrępowania – rzecz normalna kiedy widzimy kogoś pierwszy raz. Wydał się przeciętny, po czym stwierdziłam że w sumie nie dla mnie i ja nie dla niego, że to człowiek przy którym nie zaznam spokoju. Później zmieniłam zdanie, ryzykując znów swoją wyuczoną siłę. Nie wiem komu dałam szansę, czy sobie, czy człowiekowi w którego na starcie straciłam wiarę. Straciłam bo model życia jaki preferował odbiegał diametralnie od mojego. Dziś nie wiem co jednak sprawiło, że spróbowałam. Próba czego to była nie wiem, próba wiary w człowieka czy w siebie. Jest dziś tak jak już kiedyś było, jakby film leciał od początku, a ja zastanawiam się czy to szansa dla mnie by pewne sprawy rozegrać inaczej niż kiedyś, czy coś mówi mi „znasz to dziewczyno, powinnaś wiedzieć co robić, a czego nie robić”.

Jestem na drugim planie. Od zawsze mówię sobie, że w końcu przestanę być dla ludzi, że już nie chcę być dla ludzi, że szukam kogoś kto zechce być dla mnie. Nie wychodzi mi to pewnie dlatego, że nic nie przeraża mnie tak jak bycie samej. Od pewnego czasu jednak powoli dochodzę do wniosku, że może czasem warto pozwolić sobie zostać samemu, nie żebrać o nic, nie zabiegać o uwagę, nie ciągnąć się za kimś jak ogon za psią dupą. Powoli męczy mnie ten stan. Zdaję sobie sprawę ile razy w życiu nie pasowało mi coś przez długi czas, męczyłam się z tym, żyłam, nie widziałam wyjścia, aż po prostu wychodziłam i nie wracałam. Mało tego – nie wracałam i nie żegnałam się i świat ani razu się nie skończył.

Bycia kobietą nie da zrzucić się na drugi plan – zawsze będzie się chciało być numerem jeden dla tego który tym numerem właśnie jest dla nas. Nie chcę wiecznie czekać, męczy mnie czekanie – gówno prawda ono nie uszlachetnia, ono męczy. Że ciągle czekam aż ktoś zechce być dla mnie. Oddalam się, czuję to w sobie, znów się oddalam od czegoś w co mimo wszystko uwierzyłam, telepie mną tylko strach, a przecież wiem że on ma tylko wielkie oczy.

Ile razy w swoim życiu pozwolę aby bieg decydował o tym gdzie jestem i co robię – nawet jeśli nie do końca tego chcę? W głębi siebie znów czuję, że powoli się poddaję. Na mało spraw mam wpływ. Znów ja czekam nie ktoś, znów ja chcę nie ktoś. Ile razy przekonałam się, że za dwoje się nie da. Nie da się – po prostu nie da się.

burning plain soundtrack

Przeczytałam w swoim życiu tyle mądrych mądrości, że aż ciężko mnie czymkolwiek nowym zaskoczyć. Już to znam, już wbijałam to w swoją głowę nie raz. Chyba nie pozostaje mi już nic innego jak mówienie „taka już jestem” i zaakceptowanie tego. Walka z samą sobą jest najcięższą z walk jakie w życiu przyszło mi toczyć. Na sam odzew swojego ojca reaguję łzami, niechęcią i złością – bo znów to zrobił pojawił się na pięć sekund by zniknąć na lata, gdzie ja już doskonale nauczyłam się żyć bez niego, nie myśleć o nim, a życie bez niego to wieczna walka o względy mężczyzn, bo ten który powinien być najważniejszym mężczyzną w życiu po prostu zostawił mnie na starcie. I zwalam swoje miłosne niepowodzenia właśnie na to, że od zawsze brakowało mi męskiego ramienia, który jak mur stanie przy mnie i gdy zechcę upadać nie pozwoli mi na to. Upadam. Każdego dnia upadam. Poznałam w swoim życiu wielu mężczyzn i w każdym z nich czy podświadomie czy na prawdę – to szukałam tego na którym się oprę całym swoim ciężarem a on to udźwignie. Całą moją nieporadność i zdanie się na jedną osobę w życiu – po prostu udźwignie. I wiem już dziś, że ciężar mój jest nie możliwy do uniesienia. Jak ołów wiszę, zawisam na ramionach i ściągam ze sobą w dół. W dół smutku, pesymizmu, wiecznego niezadowolenia. Przecież jestem taka łatwa do oszukania wystarczy od czasu do czasu powiedzieć mi, że jestem kimś więcej niż się uważam, że jestem lepsza niż na prawdę jestem, że mądrzejsza i ładniejsza, że w ogóle fajnie że jestem. Chciałabym wiedzieć, że jest fajnie dlatego, że w ogóle jestem. Chciałabym żeby tak było na prawdę.

Chciałabym już mieć dzieci, mężczyznę który wraca do domu z uśmiechem, bo dom jaki dla niego tworzę to dobry dom, chciałabym widzieć w swoim mężczyźnie że jestem ważna. Ciągle mi tego brakuje. Nie brakuje mi kwiatów których nie dostaję, a słów które nie padają, czynów, małych gestów. Może ich nie zauważam? Może czekam na wielkie „wow”  - nie wiem. I czytam dalej te wszystkie mądrości i głupia jestem. I ponownie myślę o lekarzu, który mnie naprawi na chwilę. I słucham słów „mam dość”, „jesteś rozwódką” i że jestem taka  i owaka. Jestem taka, można mieć mnie dość, jestem rozwódką. Sięgam po to samo co wszyscy, na prawdę po to samo, ale tak cholernie mi to nie wychodzi. Kiedy już myślę, że to mam, że spokój, że pewność – zaczynam wątpić.

Rozrywa mnie żal nie wiem do kogo. Ojciec zadzwonił parę dni temu, dałam mu numer bo chciałam żeby zadzwonił i teraz znów przyjdzie mi czekać kolejne lata ciszy. Bo jestem naiwna i głupia. Nauczył mnie tylko wiernie czekać, pozwalać znikać i czekać.

Za chwilę będę miała 27 lat, nie mam dzieci, stałego domu i niczego co pewne. Gonię za tą pewnością choć wiem, jak w sekundzie potrafi zmienić się całe życie. Zmieniło się nie raz a ja wciąż czekam na pewność, aż usiądzie obok mnie i tak już zostanie.